czwartek, 5 lutego 2015

"W milczeniu" Erica Spindler


Zdarza się, że trafiamy na książki z bardzo kiepską fabułą. Może przeszkadzać nam język, albo źle skonstruowane postacie. Ale czasem całokształt sprawia, że mamy ochotę rzucić książką o ścianę.

Dziennikarka Avery Chauvin wraca do rodzinnego miasteczka po otrzymaniu wiadomości, że jej ojciec popełnił samobójstwo. Nie chce uwierzyć, by był do tego zdolny, dlatego zaczyna szukać odpowiedzi i trafia na coraz bardziej niepokojące ślady. W domu znajduje pudełko z wycinkami z gazet dotyczącymi tylko jednej sprawy. Ktoś dzwoni i obraża pamięć doktora Chauvin, a potem grozi dziennikarce. Niedługo potem policja znajduje zwłoki jednej z mieszkanek miasta. Avery podejrzewa, że jej ojciec też padł ofiarą zbrodniarza.

Pomysł być może nie byłby taki zły, gdyby nie fatalne wykonanie. Nie jestem mistrzynią rozwiązywania kryminalnych zagadek, ale w tym przypadku po około stu stronach domyśliłam się, co się stało. A Avery, główna bohaterka, dopiero po niemal trzystu zdecydowała, że jednak podejmie śledztwo, którego miała dotyczyć książka…

Miejsce akcji to Cypress Spring. Szczerze nienawidzę tej nazwy. Pojawiała się co kilka stron i narrator skwapliwie przypominał, że cała społeczność czci Boga i wierzy w wartości rodzinne. Jeśli nie robi tego narrator, wyręcza go któryś z bohaterów. Ot tak, żebyśmy nie zapomnieli. Pewnie cała historia miała się przez to wydawać bardziej przerażająca, ale efekt jest małym koszmarkiem otwierającym całą kolekcję pozostałych.

Język autorki i jej „oryginalne” pomysły pozostawiają tak wiele do życzenia, że nie wiem, jakim cudem ta książka ujrzała światło dzienne. Bez żartów, widziałam lepiej napisane listy zakupów. Najgroźniejszy zbir, który od początku owiany jest tajemnicą nosi ksywę (uwaga) MŁOTEK. Tak, poważnie. Zapisałam też parę najbardziej dziwacznych fragmentów.

„- Trudno się dziwić. Zważywszy.”
Tak, „zważywszy” tworzy całe „zdanie”. Wy też nie macie pojęcia, o co może chodzić?

„(…) pacjent nigdy nie był li tylko kolejnym przypadkiem.”
„Li” świetnie wpasowało się w łopatologiczny styl autorki unikającej jak ognia zdań z większą ilością czasowników niż jeden. Podobnie jak „dziecię” i „kto zacz”, które w książce też się pojawiły. Zaiste.

„- Jakżeby inaczej? (…) Jasne, że strzelam. A ty?
  - Ja z założenia nie toleruję żadnej broni.
  - Może pomimo to pojedziesz ze mną?
  - Dlaczego nie.”
Czy tylko mi wydaje się to sztuczne? Ludzie tak nie rozmawiają. I nie zmieniają od niechcenia swoich przekonań. Dialogi to kolejny słaby punkt powieści.

„Należała do tych, którzy uważali, że (…) strony wszelkich konfliktów, zamiast wojować ze sobą, powinny szukać zgody przy stołach konferencyjnych. Najlepiej popijając mineralną i kawę z mlekiem, zajadając ciasteczka.”
Wcale nie naiwny pogląd jak na dziennikarkę! (nawiasem, czujecie, jak to zdanie „płynie”? Jakby miało betonowe buciki.)

„- Czego? – przywitał ją uprzejmie.”
Wiwat finezyjne poczucie humoru narratora.

„- Powiedz, co cię tu sprowadza?
Do diabła, skąd ona ma wiedzieć, co ją sprowadza?”
Jak sims z wyłączoną wolną wolą…? Autorce akurat skończyły się pomysły, więc odczepcie się łaskawie i nie zadawajcie trudnych pytań.

„Stosunki (…) popsuły się diametralnie.”
Chyba „zmieniły się”? Według słownika diametralny to „krańcowo różny”. Nie można „popsuć się krańcowo różnie”.

I mój osobisty faworyt:
„[Mleko] pełnotłuste. Czyż nie jest kompletnie nieodpowiedzialna?”
Fakt. Szalona kobieta!

Ogólnie autorka uznała, że do napisania dobrego thrillera potrzeba:
a) krótkich zdań od nowego akapitu. To takie dramatyczne!
b) scenerii jak w raju i plus-minus pół ciężarówki trupów
c) momentów, w których postacie mówią „nieważne” (ale to ważne, więc druga osoba i tak daje im możliwość dokończenia)
d) kończenia rozdziału w połowie myśli. Za każdym razem. Można poczuć to podekscytowanie i rosnące napięcie. Jak podczas reklam w trakcie Trudnych spraw.


Mimo to jakimś cudem udało mi się polubić dwie postacie, dzięki czemu udało mi się przebrnąć przez niemal 500 stron tej radosnej twórczości. Dla mnie – tragedia. Zdecydowanie nie polecam.

17 komentarzy:

  1. Czasem też zdarzają mi się chwile podczas czytania niektórych książek, że zastanawia mnie, jak coś tak słabego mogło wyjść z szuflady. Uważam, że autorzy powinni szanować czas swoich czytelników i docenić to, że wybierają ich książki, choćby tak drobnym gestem jak dopracowanie swojego "dzieła", a nie dawanie ludziom czegoś, co jest słabe i nuży.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rany, to wygląda przerażająco! Jak będe polowała na nowego dobrego autora kryminałów, to na pewno ominę pani Spindler. A na pewno tą książkę... Kurde, w głowie mi się to nie mieści...!

    OdpowiedzUsuń
  3. nawet dobrym, zdarzają się książki złe ale po Spindler się tego nie spodziewałam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Podpunkt a) - tutaj się z tobą nie zgodzę. Sama piszę właśnie takim stylem - piszę krótko, dosadnie, bez owijania w bawełnę. Często jedno słowo zajmuje jeden akapit. Może nie widać w tego w recenzjach, ale w pisanych przeze mnie opowiadaniach itp. Z takim stylem można się również spotkać w np. "Posłańcu" Zusaka lub "Wodnych aniołach" Kallentofta. I ja go uwielbiam. Ale, każdy ma inny gust oczywiście :)
    Co do książki - podziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam, jak ktoś się nie zgadza i można porozmawiać. :)

      Może nie wyjaśniłam tego w sposób wystarczający - ja również lubię taki styl, jeśli posługuje się nim ktoś, kto umie pisać. Świetnie pełni funkcję takiego "mocnego uderzenia" w tekście, albo przeciwnie - wyraża chwilę zadumy i zdecydowanie wyróżnia się w całej narracji. Na przykład u Kossakowskiej do dziś pamiętam pewien fragment, gdzie króciutkie zdanie od nowego akapitu potrafiło wywołać ciarki. ;) Ale autorka, o której pisałam w poście, stosowała to nagminnie, przez co jej słowa były wręcz karykaturą na temat "jak nie używać krótkich zdań w powieści". Kilkakrotnie pojawia się coś w ten deseń:

      Nie wie, co zrobić.
      Gdyby wtedy odebrała telefon.
      Być może jej ojciec żyłby jeszcze.

      Gdyby to połączyć w jedno zdanie, albo chociaż w jeden akapit, to brzmiałoby dużo bardziej naturalnie i po prostu "płynęło" swobodniejszą narracją. A czytając coś takiego wręcz czułam, jak to spowalnia akcję, bo co chwilę zmusza do zatrzymania się.

      Nie wiem, czy teraz wyjaśniłam dostatecznie, o co mi chodzi. ;)

      Pozdrawiam! :)

      Usuń
    2. Tak, już chyba wiem, co miałaś na myśli :) Ja osobiście nie lubię nużących opisów i używanie krótkich zdań (według mnie wtedy najczęściej słowa są najbardziej wyszukane, najprawdziwsze) jest dla mnie wielkim plusem. Ale bez przesady - jeśli tak wyglądało to w tej książce, to rzeczywiście musiałaś czuć się dziwnie jako czytelnik.

      Pozdrawiam :)

      Usuń
    3. http://pasje-fascynacje-mola-ksiazkowego.blogspot.com/2015/02/w-milczeniu.html
      O tu tu autorka się nie czepia

      Usuń
    4. hmm jakoś nie dziwi mnie, że widzę tu ten anonimowy komentarz. U mnie też go ktoś zostawił. Trzeba mieć niezły tupet żeby w ten sposób promować bloga.

      Usuń
    5. Autorka podlinkowanego bloga nie ma z tym nic wspólnego, pisała nawet o tym na swoim blogu, jakiś troll się na nią uwziął. :/

      Usuń
  5. Jakby to napisała autorka: Nie przeczytam li nie sięgnę. Zważywszy.

    OdpowiedzUsuń
  6. No nie spodziewałam się takiego rozczarowania. Nie powtórze Twojego błędu/
    Ostatnio mam taki problem, być moze to właśnie Ty mi pomożesz. Moje posty nie chcą wyświetlać się w blogosferze w pulpicie nawigacyjnym. Co mam zrobić żeby to naprawić? Jeżeli znasz odpowiedź na to pytanie to napisz do mnie na mail: mrocznaalice@onet.pl Z góry Ci bardzo dziękuje.

    OdpowiedzUsuń
  7. zrezygnowałam z czytania jej po kilkudziesięciu stronach, wolę jak czytanie jest dla mnie przyjemnością

    OdpowiedzUsuń
  8. No faktycznie pojechałaś po bandzie ;) Szkoda, że Ci się nie spodobała ta książka. Czepiasz się w sumie głównie dialogów i zdań - a może to całe "li", "zważywszy" itp itd to kwestia przekładu? Może w oryginale wygląda to zupełnie inaczej? Trzeba by to było jakoś sprawdzić, bo można zarzucić niechcący autorce coś, co poległo z winy innej osoby :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy jest to kwestia przekładu, ale budowanie zdań typu "jest nieodpowiedzialna, bo pije pełnotłuste mleko" to raczej "wena" autorki. ;) Widziałam, że ta książka bardzo Ci się spodobała - ja polubiłam Huntera i Avery, ale wszystko było zbyt oczywiste i język, którym jest napisana ta książka strasznie przeszkadzał mi w odbiorze.

      Usuń
    2. Huntera i ja polubiłam, choć miałam przez moment chwilę zwątpienia w jego osobę. Ale tylko na chwilę, bo wierzyć mi się nie chciało, że... no wiadomo co :))
      A czytałaś inne książki Spindler? Czy to Twoje pierwsze z nią spotkanie? Bo coś nie widzę o tym słowa w recenzji, stąd pytanie.

      Usuń
    3. To moja pierwsza jej książka i ostatnia, nie chcę próbować już dalej. Hunter był bardzo fajny, taki indywidualista i jedyna myśląca osoba w mieście. :)

      Usuń

Każdy Wasz komentarz motywuje i sprawia mi dużo radości. Dziękuję!

Etykiety

5 powodów absurd Afryka aids Alex Kava alkoholizm Amazonia anioły antyutopia artykuły Austria Baczyński baśń bezdomność blogerzy blogowe akcje blogowe dyskusje broń biologiczna Carlos Ruiz Zafón Chiny choroby psychiczne ciekawostki cytaty czas wolny Dary Anioła debiut demony depresja design detektyw Diabelskie Maszyny diabły dla młodszych czytelników druga wojna światowa drugi koniec smyczy dzieciństwo dziennikarstwo Dziki Zachód ebooki fantastyka film 2013 film 2014 giełda gladiatorzy Gone gościnnie historia homoseksualizm horror humor informatyka Jacek Piekara Jack London Japonia John Green Joy Jutro katastrofa klasyka klasztor komiks komputery konie konkursy kot kowboje Kozacy kreatywnie kryminały księgarnie kynologia legendy lifestyle listy literatura erotyczna literatura kobieca literatura obyczajowa Londyn Magda magia malarstwo malowanie po numerach medycyna miasto miłość mitologia skandynawska mitologia słowiańska morderstwo morze nałogi narkotyki narracja pierwszoosobowa natura Neil Gaiman newsy Niemcy niepełnosprawność Norwid nowela nowotwór Nowy York ogień opowiadania Orzeszkowa pamiętnik paranormal romance pasja Peru pies pisarze podróże podsumowania 2015 poezja pogaduchy z pisarzami polscy autorzy Polska popołudnia z klasyką popularnonaukowe porwanie post-apo powieść młodzieżowa powieść psychologiczna powieść tendencyjna powstanie pozytywizm Pratchett prawdziwa historia Prus przemyt przepisy przygoda przyjaźń radość renesans rodzeństwo rodzina romans romantyzm Rosja RPA samobójstwo samoloty sąd schizofrenia sen sensacja serwisy SF smoki Sophie Hannah starość steampunk Stephen King stosik Suzanne Collins szamanizm śmierć tajemnica Teksas thriller top 10 Toruń trauma Tsavo Uczta Wyobraźni urban fantasy USA Verne wakacje wampiry Wielka Brytania wiersze wieś wikingowie wilkołaki Włochy wojna wojsko wolność wspomnienia wyspa wywiad XIX wiek XX wiek zagraniczni autorzy zaniki pamięci zdolności paranormalne zima zjawiska paranormalne zombiaki zwiadowcy zwierzęta żegluga